Rychło w czas po raz drugi i zapewne nie ostatni # część IV

A było to tak, że przyjechałem na ranczo Pana N-002 przed czasem, zaparkowałem samochód, poszedłem się przywitać z gospodarzami i zająć miejsce przy stole. Tam czekałem na przybycie wszystkich pracowników, co miało nastąpić za minut kilka. Siedząc tak i rozmyślając o brzydkich rzeczach, popiłem „nieco” wody i zachciało mi się siku. Wyszedłem zatem z izby z zamiarem pogrożenia przyrodzeniem Naturze, której zew rozbrzmiał w mym pęcherzu moczowym właśnie w tym momencie, w którym przybyli pozostali zaproszeni – wtenczas ściśnięci w służbowym samochodzie dostawczym i przekraczający bramę wjazdową.

Pomknąłem szybciutko do położonego pod lasem toi-toi’a w taki sposób, aby nikt mnie nie zauważył. Goście wysiedli z pojazdu, by następnie z szumem podążyć do izby, taszcząc prezent dla jednego z dwóch Chlebodawców. Z racji tego, że do tegoż podarku dołożyłem nieco swojej kasy, zrozumiała była ma chęć bycia obecnym przy jego wręczaniu.

Niestety, czas mej nieobecności uległ wydłużeniu, ponieważ wadliwy (niestandardowy, przerobiony pewnie przez jakiegoś zapalonego majsterkowicza) zamek w drzwiach przenośnego kibelka postanowił odciąć me jestestwo od świata, jaki otaczał mnie na co dzień. Takim zbiegiem jakże sprzyjających okoliczności spędziłem w zamknięciu blisko godzinę, nie mogąc zadzwonić (telefon zostawiłem w samochodzie) ani nikogo zawołać (po złożeniu życzeń Najwyższemu Numer Dwa rozbrzmiała głośna muzyka, tworząc tym niewidzialną barierę, jakiej moje nawoływanie sforsować nie mogło).

Tak oto trwałem w ciemności, pozostawiony na pastwę coraz niższej temperatury a także klaustrofobii, jaka od dawna towarzyszy mej egzystencji. Zapragnąłem opisać tutaj wszystko to, co człowiek przeżywa w takich chwilach; jakie myśli go nawiedzają i ile grozy przychodzi wraz z każdym kolejnym oddechem, ale… kogo to, do cholery, obchodzi?

Nadszedł brak ochoty na pisanie. Idę pobiegać, pooddychać świeżym powietrzem, dać oczom (oraz kręgosłupowi) odpocząć. Zresetować mózg. Nie mam zamiaru ślęczeć nad kolejnymi akapitami, doglądając każde słowo, czy aby porządnie umyje ząbki oraz wytrze nosek, nim wyjdzie na zewnątrz i pozwoli na siebie patrzeć.

Szkoda zdrowia.

Komentarzy: 1 Rychło w czas po raz drugi i zapewne nie ostatni # część IV

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *