Rychło w czas po raz drugi i zapewne nie ostatni # część III

Prawie trzy godziny wcześniej po raz pierwszy zasiadłem za stołem ze wszystkimi gośćmi, jacy przybyli do izdebki, by wielbić Pana N-002. Najpierw poczęstowano mnie cieplutką, smaczną zupą, choć przyjemność z tej konsumpcji poczułem dopiero po wychlipaniu z talerza połowy jego zawartości. Tego popołudnia przeżyłem horror w Komnacie Lamentu, co bardzo zachwiało równowagę całego organizmu. Na szczęście, ściśnięty przez stres żołądek dość szybko – o dziwo – doszedł do siebie, pozwalając mi bezproblemowo przyjąć posiłek. A później kolejny. I jeszcze następny. Uczucie sytości wepchnęło przykre wydarzenia, jakie o godzinie szesnastej dwadzieścia siedem dały mi nieźle popalić, w najgłębsze zakamarki pamięci, gdzie miały skonać w zapomnieniu. Tę traumę przepędziło także uczucie przyjemnego ciepła, ochoczo wnikającego w zmarznięte członki, choć… o przyjemności mogłem mówić do czasu. Kiedy tylko uciecha ustąpiła miejsca katordze pod postacią morderczego upału – nadeszła pora ewakuacji.

Dlatego czym prędzej zapragnąłem dotlenić szare komórki; potraktować układ oddechowy rześkim powietrzem – im zimniejszym, tym lepszym. Ubrałem zatem kurtkę, nałożyłem czapkę i wyszedłem z pomieszczenia wypełnionego duchotą oraz hałasem. Opuściłem wnętrze tego, co skupiało grupę ponad dwudziestu osób, z którymi (po zaspokojeniu apetytu) prowadziłem ożywione rozmowy na różne tematy z naciskiem na wędkarstwo, jednocześnie będąc skazanym na słuchanie przesadnie głośnej muzyki biesiadnej. Gdyby nie zbytni gorąc, rzępolenie zasuszonych grajków oraz wszechobecny swąd papierosowego dymu, mógłbym szczerze stwierdzić, że było zacnie. Rzeczywistość okazała się jednak inna, stwarzając idealne warunki do eksplozji mej czaszki oraz wymarzone miejsce dla fruwających tu i ówdzie strzępów mózgowia.

Spacer pomiędzy ośnieżonymi niwami był magiczny. Towarzyszył mi jedynie księżyc, okrywający nieśmiałym blaskiem białe przestrzenie, tym samym pozwalając na orientację w terenie bez ryzyka wylądowania w przekopie, oddzielającym drogę od pól. Pozwoliłem porwać się chwilom ekstazy. Wietrzysko smagało policzki drobinkami zmrożonego śniegu, wysyłając do umysłu uczucie przyjemnego szczypania. Odniosłem wrażenie, że spaceruję górskim szlakiem, mając mnóstwo czasu – tu, z dala od cywilizacji – na relaks stulecia pod niebem pełnym połyskujących gwiazd.

Niestety, tę idyllę po upływie zaledwie kwadransa przerwała coraz bardziej wyraźna – wraz z każdym poczynionym krokiem – sylwetka nieruchomego, przechylonego na lewy bok samochodu. Pomarańczowy blask reflektorów ukazywał szalejące w powietrzu tumany śniegu, z każdą chwilą osiadającego na masce pojazdu coraz bardziej zawzięcie, skutecznie tłamsząc strumienie światła, pozbawiając je intensywności.

Mijały minuty a wiatr przybierał na sile. Podchodziłem coraz bliżej niecodziennego zjawiska, osłaniając dłonią oczy i zachodząc w głowę, kogo – po pierwsze – spotkała tak przykra niespodzianka, a także – po wtóre – dlaczego pan samochodzik stoi ustawiony do mnie tyłem? Fakt ten nakazywał sądzić, że kierowcą jest uczestnik biesiady, który przedwcześnie opuścił cudne grono, obierając kierunek przeciwny do lokum pełnego uciech. Teoria to zaiste ciekawa, choć… może ktoś najzwyczajniej w świecie zabłądził? Ot, przybył z daleka, a zorientowawszy się w sytuacji (ta sytuacja to: „Jasna cholera, gdzie ja jestem? Przecież zwieńczenie tej drogi stanowi wjazd na jedną, jedyną posesję a dookoła tylko pola i las, żadnej innej trasy tu nie ma!”) zapragnął zawrócić, aczkolwiek nie przewidział, że w ostatniej fazie manewru coś pójdzie nie po jego myśli.

Kiedy we wzniosłym celu niesienia pomocy bliźniemu podszedłem z lewej strony do całkiem bielutkiego, niemożliwego do zidentyfikowania (i ruszenia siłą mięśni jednego człowieka) wehikułu… nastąpiła Klasyka. Ot, wpadłem w rów i ugrzęzłem po kutasik w białym puchu. O mało nie skręciłem nogi w kostce, a ból, jaki przeszył prawą kończynę zachęcił do cichutkiego nawoływania gromadki pań wykonujących najstarszy zawód świata. Co prawda, mogłem podejść do dwuśladu od strony przeciwnej, jednakże w chwili odsunięcia szyby, kilogramy śniegu wpadłyby do wewnątrz. Sprzyjało temu ustawione pod kątem auto, a wolałem oszczędzić wystraszonemu biedaczynie takowej atrakcji. Mateczka Natura i tak już wystarczająco podle potraktowała tajemniczego osobnika.

Utwierdzony w przekonaniu, że głębiej już się nie zapadnę, zapukałem w szybę, z zamiarem wypowiedzenia pod adresem kierowcy choćby takich słów: „Dobry wieczór, nieopodal koledzy mają balangę, na którą przyjechali ogromnym, ciężarowym iveco i który bez zająknięcia podoła zadaniu wybawienia pani/pana z opresji”. Szczęk klamki, otwieranie drzwi, wypowiadam komunikat. Chwila gramolenia się, następnie czołgania, później stękania.

– To ja! – wykrzyknęła postać. – Dzięki, dzięki, pomoc już wezwałem. – Zmrużyłem powieki, przenikając spojrzeniem mrok zmieszany z nieśmiałym blaskiem księżyca. Po pomyślnym ustawieniu ostrości widzenia, stanął przede mną opatulony grubym odzieniem syn Pana N-002. Jego głowa, ledwie widoczna spod wykończonego kożuchem kaptura, przypominała łepek wystraszonej, ogromnej wiewiórki ukrytej w (jeszcze większej) dziupli w obawie spotkania wygłodniałego drapieżnika. Nieszczęśnik na czas świętowania narodzin ojca postanowił służyć jako szofer dla biesiadników, a tu proszę.

– Cholera, zagapiłem się i zdarło mnie do rowu – wycedził człowiek głosem przepełnionym zakłopotaniem. – Chciałem pojechać do domu i wrócić, jak ktoś po mnie zadzwoni, ale przy takiej zadymie? Pieprzyć to! Jak mnie tylko ojciec wyciągnie to wracam do was.

Pomoc przybyła szybko i przyjęła postać wozu terenowego prowadzonego przez Pana N-002. Wyciąganie samochodziku Mirka nie trwało długo – po przypięciu liny holowniczej wyskoczył z bieli z taką lekkością, z jaką małżonkom przychodzi mówienie nieprawdy. Na słowa Wybawcy: „Wsiadaj, Konrad, wracamy na imprezę!”, grzecznie podziękowałem, nie mogąc – i nie chcąc – przepędzić pragnienia kontynuowania spaceru choćby przez kolejny kwadrans. Ojciec oraz owoc zasiewów jego lędźwi uruchomili silniki swych wozów, odjeżdżając w kierunku kwatery, w której tego wieczora zgromadzeni polewają coś, bez czego większość Polaków nie wyobraża sobie dobrej zabawy.

Po udanej przechadzce powróciłem na teren ogrodu. Z chęcią kontynuowałbym relaksacyjny marsz, lecz wzbierająca potrzeba fizjologiczna wymusiła powrót na teren zacisza. Gdy tak przeklinałem pod nosem myśl ponownego przekroczenia Wrót Piekieł, napotkałem biegnącą w stronę domu Barbarę. Dziewczyna uśmiechnęła się, potem rzekła:

– Konrad, jakbyś potrzebował odwiedzić normalną ubikację, to wejdź do środka. – Jej prawa dłoń wskazała dom, a w okularach zalśnił blask zamontowanej nad drzwiami lampy.

– Niech cherubinki obsypią cię cukierkami i obleją coca-colą, zacna Barbaro. Chętnie skorzystam z twej propozycji, ponieważ takowa właśnie potrzeba mnie tu przywiodła.

– Tam Krzyś jest, może przy okazji zagrasz z nim na konsoli. Biedaczyna sam siedzi, nie ma kolegów, dopiero jutro przy… – Barbara urwała, wykonała kilka dziwnych min, po czym kichnęła. – …jadą – dokończyła. Pod wpływem spazmu ciała młodej damy połowa zarzuconego przez lewe ramię szarego szala opadła, a jego zwieńczenie w formie frędzelków wykonywało na wietrze różnorakie wygibasy, jakby z zamiarem odpędzenia nacierającego zewsząd śniegu.

– Prowadź zatem, mamo Krzysia – powiedziałem i wykonałem zapraszający gest.

– A zatem za mną, dzielny młodzieńcze, któryś przetrwał spotkanie z Czartem.

Barbara ruszyła przed siebie z uśmiechem, a ja podążyłem za nią, będąc wręcz urzeczony wizją wirtualnej rozrywki a także wyobrażeniem szybkiego upływu czasu, jaki z pewnością pójdzie z nią w parze. Pochwyciłem stojącą nieopodal miotłę, aby omieść buty ze śniegu. Gdzieś w oddali słyszałem chichot ludzi szydzących z Mirka i jego nieumiejętnej jazdy. Na pewno czuł się tak, jak ja, gdy w końcu mnie odratowano, a całą sytuację okraszono czarnym humorem.

A było to tak…

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *