Coś Pięknego!

Nie pamiętam dokładnej daty, ale przebywałem wówczas w Rzeszowie. Siedziałem w samochodzie czekając na Najwyższego, który poszedł załatwiać pewne sprawy. Czytałem książkę Przebudzenie Stephena Kinga, od czasu do czasu zamykając ją i wlepiając wzrok w przyjemne dla oczu, wręcz hipnotyzujące połączenie czerni oraz błękitu stanowiących kolory okładki. W tle mruczało Radio Trójka, racząc mnie jakimś nawet przyjemnym dla ucha plumkaniem, choć niewywołującym szczególnych emocji.

Do czasu.

W momencie, w którym usłyszałem ten utwór…

… poczułem jak moje mięśnie rozluźniają się; jak mą duszę wypełnia ciepło niedostępne dla tamtego chłodnego, pochmurnego dnia. To dzięki tej regularnie odsłuchiwanej piosence przetrwałem lament Mariana, którego wysłuchiwałem jeszcze przez dobrych kilka dni po opublikowaniu (czwartego grudnia) wpisu Diabeł tu, Anioł (?) tam!.

Niesamowity kawałek.