Rychło w czas po raz drugi i zapewne nie ostatni # część II

Niecałe dwie godziny wcześniej syn Barbary a wnuk Pana N-002 złoił mi dupsko. Ot, konsola PlayStation, bijatyka Tekken 6, następnie fakt, że od lat nie miałem styczności z żadną tego typu grą i nigdy nawet nie trzymałem w ręku takiego gamepada (tego ustrojstwa do sterowania postacią) zrobiły swoje. W sumie, po kilkunastu rundach coś mi tam nawet zaczęło wychodzić, jednakże gdy wygrałem dwa pojedynki, dostrzegłem kątem oka zdenerwowanie na twarzy młodego gimnazjalisty. Zrozumiałem, że za chwil kilka mogę usłyszeć: „Nie chce mi się już grać”, a zatem postanowiłem nie wkurzać chłopaka. Siedzieliśmy we wspomnianym wcześniej domku, z dala od drewnianego obiektu wypełnionego hałasem (którego było dla mnie za wiele, jak na jedno popołudnie), co odpowiadało mi na tyle, aby powrót do tegoż zacnego miejsca chcieć znacznie opóźnić. Po prostu, w domu było przyjemnie, nie za gorąco, czas przy grze wideo zawsze upływa szybko, obraz na ogromnym telewizorze wyglądał świetnie – czego chcieć więcej?

No, właśnie.

Jak na złość nacisnąłem przycisk, o istnieniu którego nie miałem pojęcia, w następstwie czego moja postać wykonała dynamiczny obrót a później jakiś efektywny (oraz efektowny) cios rozkładający na łopatki rozczochranego rywala. Pozostało tylko wysłuchać komunikatu Krzysia: „Już mi się znudziło, wolę inną grę!”. Po tym obwieszczeniu spuścił głowę, dodając szeptem przechodzącym w szloch: „I to dla jednej osoby”.

Brawo, panie KonDrad! Przyszedłeś tutaj załatwić potrzebę fizjologiczną w ogrzewanej łazience (z dostępem do mydła!), a nie – jak wcześniej – pod osłoną plastikowych ścian nawiedzonego, wypełnionego zimnem toi-toi’a. Później usłyszałeś serdeczne: „Wujek, zagraj ze mną!”, a gdy wyraziłeś zgodę, dotarło od ciebie równie prawdziwe: „Ale super! Hurra!”.

I co narobiłeś?

Idź precz, ubieraj kurtkę, buty, czapeczkę a następnie spadaj na dwór. Tam dostrzeżesz Najwyższego z Najwyższych odśnieżającego samochód. Tak, tak! Tego samego Dobrodzieja, który wypowie słowa: „Daj kluczyki, pora wracać do domu. Jeszcze chwila i stąd nie wyjedziemy!”.

Prawie trzy godziny wcześniej…

cdn.

Rychło w czas po raz drugi i zapewne nie ostatni # część I

Tak naprawdę Najwyższych jest dwóch. Z tym, że o ile pod względem pozycji w firmie różnicy między nimi nie ma, to już pod względem wzrostu ci panowie są jak dwie krople wody z dwóch różnych deszczów, przy czym jeden pada na Podkarpaciu, a drugi w województwie pomorskim. Dotychczas przywoływany na stronach tego blobu Najwyższy przypomina wzrostem słup energetyczny, podczas gdy Najmniej… tfu… Najwyższy Numer Dwa zaledwie jedną dorodną marchewkę.

Dziewiąty stycznia. Malutki Szef Wszystkich Szefów (może przypiszmy włodarzom jakże tajemniczo brzmiące identyfikatory: Pan N-001 oraz Pan N-002) obchodzi dzisiaj sześćdziesięciolecie swego istnienia, w związku z czym zaprosił wszystkich podwładnych na imprezę. Według wytycznych, goście mają przybyć o godzinie szesnastej do jego zacisza, położonego na odludziu i oddalonego o ponad trzydzieści kilometrów od Miasta Seksu, Biznesu oraz Wszystkich Cudów Świata. Tę ostoję spokoju stanowi murowany domek oraz położona nieopodal drewniana izba. Całokształtu dopełnia okazały ogród, od wschodu graniczący z rozległymi polami a od zachodu – gęstym lasem, w jakim mieszka mrok nielękający się nawet pojedynczego promienia słońca za sprawą, posplatanych pod niebem, bujnych koron drzew.

Oj, zapomniałbym. Jest jeszcze On – niebieściutki toi-toi z kremowym dachem. Zaiste kultowa mobilna wygódka umiejętnie wkomponowana w bajkowy pejzaż. W świetle słońca kusi potrzebujących przyjemną dla oka barwą pogodnego firmamentu, tak jakby obiecywała im iście… boskie doznania.

***

Wieczorem miały przyjść zamieć i mróz. I przyszły. Powrót na rodzinne łono po zakończonej bibie – biorąc pod uwagę jazdę po śliskiej, ledwie widocznej nawierzchni – spiął pośladki piszącemu te słowa, a także czwórce jego towarzyszy wznoszących modły do Pana Wszelkiego Stworzenia, aby pozwolił zacnym biesiadnikom bezpiecznie dotrzeć do ciepłych, jakże przytulnych domów. Bóg wysłuchał próśb dziatek, zsyłając odśnieżające machiny na jezdnie pokryte grubą warstwą nawiewanego z okolicznych pól białego puchu. Następnie Stwórca przeniknął myślą do mechanizmów zegarów, by ich wskazówki czym prędzej wyznaczyły dwudziestą pierwszą czterdzieści siedem, czyli godzinę końca podróży a początku radosnych pieśni dziękczynnych; doniosłych kantyków na cześć Zbawcy za umiejętne pokierowanie ciałem Pana N-001, rozsądnie pilotującego pojazd, dzielnie prowadząc zbłąkaną trzódkę po wąskich wstęgach serpentyn, przecinających biel, a wnikających w nocną czerń.

Niecałe dwie godziny wcześniej…

cdn.