Diabeł tu, Anioł (?) tam!

Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.
Joseph Goebbels

Opisywany poprzednio jegomość nadal utyskuje z racji konieczności przyzwyczajenia się do obsługi nowych wersji programów, z których starszymi wydaniami pracował przez lata. Z jednej strony go rozumiem – sędziwy człowiek żyje już po to, aby pracować w znanym mu środowisku a nie uczyć się od nowa obsługi aplikacji, ponieważ jej twórca postanowił zmienić wygląd interfejsu i położenie najczęściej używanych przycisków. Takie odkrywanie nowości jest dobre dla komputerowych entuzjastów, a nie dla kogoś, dla kogo komputer jest tylko narzędziem pracy.

Pojmuję zachowanie Mariana, ale gdy słyszę nieskończenie wiele razy, jaki to on jest bardzo poszkodowany – zaczynam wierzyć, że jedynym sprawcą jego udręki jestem ja. Starałem się bagatelizować nieustanne zawodzenie tejże istoty, jednakże wszystko wyglądało tak, jakbym to ja stworzył ten czy inny program w takiej a nie innej wersji, aby sprawić człowiekowi w kwiecie wieku (mającemu przecież duszę i uczucia) nieopisaną przykrość.

Tłumaczyłem, że komputer jest nowy, z nowym systemem, przez co zainstalowanie aplikacji sprzed dobrych kilku lat jest niemożliwe. Rezultat? Po kilku minutach spokoju cała sytuacja z narzekaniem powracała, podobnie jak powraca żebrak raz obdarowany nie bochenkiem chleba, a pieniądzem. Jeśli zatem przez kilka godzin jesteśmy skazani na odsłuch takiego lamentu, zaczynamy wierzyć, iż tak naprawdę tylko i wyłącznie my ponosimy odpowiedzialność za wszelakie zło wszechświata.

Po przeżyciu wielu godzin wypełnionych rzucaniem grochem o ścianę oraz umacnianiem mojej podświadomości w przekonaniu, iż jestem Diabłem, powróciłem do swej Rozgłośni. Opadłem na łóżko i zamknąłem powieki. W tym samym momencie zdałem sobie sprawę, że mam ochotę zjeść coś niezdrowego. Zadzwoniłem zatem do Dominika, a kilkadziesiąt minut później konsumowaliśmy pizzę, popijając piwem. Następnie udaliśmy się na ponad godzinny spacer. Notabene, od początku tygodnia uskuteczniam w pojedynkę żwawy marsz trwający ponad sześćdziesiąt minut. Prawa stopa, która kilkanaście tygodni temu ucierpiała podczas biegania z racji bliskiego spotkania trzeciego stopnia z ostrym kamieniem, nareszcie wydobrzała, a rozrywający ból postanowił odpuścić. Chwała mu za to.

Do tej pory na te przechadzki zapraszałem jedynie samotność oraz ciszę, i tylko pod osłoną nocy. Dzisiaj zachciało mi się do kogoś odezwać, choć – jak pokazała nieodległa przyszłość – przyszło mi milczeć, aktywnie słuchając; od czasu do czasu przytakując. Wszystko to z racji tego, iż mojego kompana Amor ugodził strzałą w najczulszy męski punkt, przez co sam zakochany postanowił dać upust swym emocjom w szeregu zwierzeń.

Wysłuchałem go (dochodząc do wniosku, że bożek miłości użył łuku więcej niż jeden raz), ale Diabeł we mnie pozostał. Zapewne jedynym sposobem na jego wypędzenie będzie fizyczne zmęczenie podczas najbliższej wyprawy w góry.

Wyłącznie w góry.

Ponieważ czeka mnie jeszcze piątek z Marianem. Ja w jednym pomieszczeniu, on w drugim. Diabeł w jednym pokoju, a w drugim kto?

Tylko i wyłącznie góry.

Zdecydowanie.