Dobranoc, ostatnia niedzielo roku 2014!

Wraz ze wspomnianym w jednym z wcześniejszych wpisów kolegą Grzesiem i jego szwagrem (także) Grzegorzem obejrzeliśmy w rzeszowskim Multikinie trzecią część Hobbita. Nim to jednak nastąpiło, wiele, ale to wiele minut spędziliśmy w samochodzie tkwiąc w korku. Liczba przyzwanych cór Koryntu przez kierującego pojazdem Grzesia (nie Grzegorza) wystarczyłaby na obsłużenie wszystkich „pojebańców”, których ów młodzieniec także przywołał, gdy ktoś z lewego pasa wciskał się przed maskę jego samochodu. Gdybym był pod wpływem jakichś halucynogennych używek, z pewnością mógłbym ich dostrzec. Ot, widziałbym zastępy wyimaginowanych grzeszników obierających za jedyny właściwy cel – oczywiście, po uprzednim zaspokojeniu cielesnych potrzeb – galerie handlowe. Cel wyznaczony również przez siedzących w dwuśladach żywych, namacalnych, zawsze głodnych Pożeraczy Dóbr Materialnych.

Tak oto wygląda zewnętrzny świat wrzawy związanej z Bożym Narodzeniem. Co dwanaście miesięcy to samo – nic nowego. A mając na uwadze nadchodzący Nowy Rok oraz poprzedzający go Sylwester, muszę być gotów na kolejny atak tegoż harmidru. Dobrze chociaż, że teraz – kiedy to leżę w łóżku a ze słuchawek dobiega anielski głos Tarji Turunen śpiewającej Where Have All The Feelings Gone – odchodzi czas świątecznej, odbywającej się we wnętrzach domów gościny, stosunkowo ubogiej w śmiech, a bogatej w szloch wynikły z tęsknoty za pewną młodą istotą, która kilka miesięcy temu odeszła na zawsze. Wysłuchiwanie lamentu sprawiło, iż cały nadmiar mojej seksualnej energii przepadł. Na jak długo? Nie mam pojęcia. W takich chwilach zadumy nie wypada kontynuować tak trywialnego tematu. W zasadzie nie należy go w ogóle poruszać.

Wczoraj musiałem odreagować. Wykorzystałem fakt, iż spadł upragniony biały puch, w związku z czym włożyłem termoaktywne ciuchy i ruszyłem w kierunku pól, a dokładniej w stronę tamtej wyboistej ścieżki prowadzącej do wielkiego, rozłożystego drzewa wraz ze skrytą w jego cieniu mogiłą. Biegłem wdychając rześkie powietrze, doświadczając wspaniałego widoku padających, połyskujących w świetle księżyca płatków śniegu, by następnie czuć, jak te małe dzieła sztuki roztapiają się na rozgrzanej skórze twarzy.

Pomimo odcinków trasy przeobrażonych już w ślizgawki było lepiej niż wspaniale.

A teraz, patrząc na białą tarczę ściennego zegara, jestem świadkiem ostatnich podrygów niedzieli, za kilka minut kończącej swe panowanie. Pora zasnąć, choć z uczuciem niedosytu po obejrzeniu Bitwy Pięciu Armii. Historię opowiedziano już – niestety – do końca. Reżyser ostatniego z trzech emitowanych w rocznych odstępach filmów o przygodach hobbita kilka godzin temu pożegnał fanów świata fantasy piosenką w wykonaniu Billy’ego Boyda. Widzowie wychodzili z kina ze spuszczonymi głowami a towarzyszyła im wymowna cisza. Odniosłem wrażenie, że w każdej z tych osób obumarła jakaś cząstka człowieczeństwa. Pomimo kilku kwestii, które nie do końca przypadły mi do gustu, chętnie podam dłoń tym ludziom. Można ponarzekać na to i owo, ale nie można nie ulec urokowi cudownych, malowniczych krajobrazów oraz magii krain zamieszkiwanych przez przedziwne istoty.

No, ale coś się kończy, coś zaczyna, toteż mogę teraz stwierdzić z uśmiechem, że szwagier Grzesia to bardzo mądry, optymistycznie nastawiony do życia człowiek, lubiący wraz z żoną… górskie wycieczki. Warto więc wierzyć, iż da to początek częstszym wyjazdom poza granice Miasta Seksu i Biznesu, by gdzieś tam, daleko, doświadczać nie codzienności, a niesamowitości.

Pozostaje zatem ponownie przywołać słowa pewnego pana z udanej reklamy sieci McDONALD’S i rzec doniośle, z przekonaniem: „No i fajnie!”.

Komentarzy: 1 Dobranoc, ostatnia niedzielo roku 2014!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *