Chwile to były nader wyjątkowe

Wczorajsza wyprawa w Bieszczady dała mi niezłego kopa w zad. Serce z każdym krokiem pod górę pisało podanie o pozwolenie na wyskoczenie z klatki piersiowej, a ból rozlał się pieczeniem w każdym milimetrze mięśni nóg. Swoistą wisienką na torcie był brzuch wraz ze wszystkimi rewelacjami, jakie zapewnił mi na przestrzeni ostatnich dni. Być może Marian swoim zachowaniem przywołał nerwicę żołądka? Nie mam pojęcia.

Pomijając to, co wyżej napisałem – czułem się wspaniale!

Wszelaki dyskomfort (poza skręcaniem kiszek) podyktowany był długim okresem bezczynności z racji do niedawna niesprawnej prawej stopy. Czas najwyższy to zmienić. Koniecznie od jutra, dodając do szybkich spacerów, zapoczątkowanych wraz z początkiem ubiegłego tygodnia, coś bardziej – nazwijmy to – ambitnego.

W bieżącym roku byłem w górach trzykrotnie (pomijając wczoraj). Najpierw na Tarnicy, później na Połoninie Wetlińskiej a następnie na Połoninie Caryńskiej. Za każdym razem szedłem bez żadnego zmęczenia, a serce łomotało jedynie przez kwadrans od poczynienia pierwszych kroków pod górę. Dobra kondycja była wynikiem wielomiesięcznego, regularnego, dającego popalić mięśniom ćwiczenia na orbitreku, a przez słowo „regularny” rozumiem trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek) po pół godziny, nie licząc trwającej pięć minut rozgrzewki.

Byłem z siebie dumny. Pora odnowić to uczucie. Zwłaszcza, że ciągnie mnie w góry ponownie. Stwierdzam to teraz, leżąc w wannie, mocząc się w gorącej wodzie z dodatkiem soli Epsom, wsłuchując się w rytm własnego oddechu. Czuję, że rodzi się we mnie prawdziwa pasja. Idąc tam, wysoko, porzucam na dole wszelakie problemy, zostawiam zgiełk, narzekających bez końca ludzi, zapach spalin, telewizję, kluby, kościoły, dyskoteki, wielkie markety z czynnymi dwiema kasami na dziesięć.

Jest cudownie.

Naprawdę cudownie.

Nie masz ochoty doświadczyć tego samego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *