Zanim wybije trzynasta zero zero

Siódma zero cztery. Pierwszy dzień pracy w roku dwa tysiące piętnastym już za kilka minut przybierze postać Najwyższego, po czym stwierdzi, że „o godzinie trzynastej wydarzy się coś rzadko spotykanego”. Tym czymś będzie poczęstunek dla pracowników z okazji imienin tegoż Jegomościa, emanującego dzisiaj (jak z resztą podczas każdej gościny) spokojem oraz serdecznością. Naprawdę chciałbym powiedzieć, iż ten piątek przejdzie do historii, jako wolny od wydawania pracownikom rozkazów, jednakże… rozkazy będą! Fakt, że „tylko” do godziny objawiającej się na cyfrowym zegarze jedynką, trójką, dwukropkiem oraz dwoma zerami, ale, kurde, dyrektywy być muszą! Dzień bez nich jest, jak małolat bez wyprysków na twarzy – po prostu nie istnieje.

Trwa deszczowy poranek i moje nie do końca dobre samopoczucie. Zaparkowałem auto przed budynkiem, które za kilka godzin zmieni się z zakładu pracy w schronienie dla spragnionych ciepłej strawy (a zimnej gorzały) wędrowców. Wyjąłem kluczyk ze stacyjki, co sprawiło, iż zamilkł odtwarzacz muzyki a wraz z nim utwór Enter Transcendental Sleep zespołu Therion. Dźwięk instrumentów ucichł, pozwalając dosłyszeć bębniące o karoserię krople deszczu, ściekające po szybach samochodu z misją odgrodzenia mych patrzałek od wyraźnie – tam, na zewnątrz – namalowanej rzeczywistości. Najwygodniej byłoby ją podziwiać z wnętrza pojazdu, lecz nie przez te spływające przed oczami strumienie wody, umożliwiające dostrzeżenie jedynie zdeformowanego, alternatywnego oblicza świata, ukazanego na szkle niczym osobliwe dzieło sztuki będące tworem iście pokręconego artysty.

Zakładam kaptur, wyciągam ze schowka butelkę niegazowanej wody mineralnej, a później chwytam leżącą na przednim siedzeniu malutką oliwkową torbę z drugim śniadaniem. Nim usłyszę szczęk klamki, popatrzę jeszcze na niewyraźny brązowy prostokąt pełniący rolę drzwi wejściowych do miejsca, w którym przyjdzie mi dzisiaj pozostać do późnego wieczora.

I to na trzeźwo.

Na szczęście ludzie tu pracujący to zgrana ekipa. Nikt nikomu nie myje dupy, a jeśli ktoś z kogoś żartuje to w taki sposób, że ten „wyśmiewany” jegomość także ma ubaw. Podstawa każdej firmy to człowiek, a te osoby stanowią taką podporę aż nadto. Dobrze zatem, że posłucham dzisiaj tematów wywołujących napady śmiechu, zgoła odmiennych od: „Hela, ale mnie w boku strzyka!”, „Kryśkę odwieźli do szpitala, słyszałeś?”, „Dobrze jej tak, kurwie zajebanej!”, „Przecież ty się do tego nie nadajesz, dziewczyno!”, „Alicja, ale ten organista na mszy ostatnio do dupy grał, niewyspany jakiś!”, „Jak jeździsz, ciulu bosy?!”, „Ona zupełnie nic nie robi, opieprza się tylko. Brak słów, do ciężkiej cholery!”, „Nienawidzę cię, ty szmato, wypierdalaj z samochodu!”.

Ot, wystarczy wyjść na miasto, aby człowieka doleciały takie ochłapy rozmów rzucane przez różnorakie świętobliwości.

Jak to dobrze, że tego popołudnia ich nie usłyszę.

Niech będzie pochwalony… pan Konrad

Najwyższy podniesionym głosem zawezwał mnie do pomieszczenia, w którym urzęduje razem z Marianem. Podniosłem zad z niewygodnego krzesła, wykonałem obrót w prawo, postąpiłem dwa kroki naprzód, następnie – aby nie stuknąć głową w regały na dokumenty – obróciłem się w lewo, cztery kroki przed siebie, obrót w prawo i voilà! Drzwi prowadzące do Sanktuarium Chaosu stanęły przede mną otworem.

Po kilku (zapewne dziesięciu) krokach usłyszałem:

– Weź mi tu sprawdź program do poczty, bo wysyłam do Więckowskiego maila, a ten mi ciągle wraca.

Usiadłem na identycznym jak moje krześle (kilka tygodni temu fotel Najwyższego skonał pod naporem sporej liczby kilogramów jego właściciela) i spojrzałem na biurko. Moim oczom ukazały się – poza dwudziesto dwu calowym monitorem LCD oraz czarną drukarką wielkości mikrofalówki – stosy papieru, ułożone w sposób wykluczający bezproblemowe rozłożenie na mahoniowym blacie kartki formatu A4. Nic dziwnego, pomyślałem, wszak taki rozgardiasz od zawsze tu istniał. A gdyby nawet owe zdziwienie tymże bezładem nadeszło, czmychnęłoby naprędce, przepędzone przez powalający zaduch, którego sprawcą była stojąca nieopodal, pracująca na pełnych obrotach biała farelka.

Popatrzyłem na ekran monitora. Tapetę pulpitu zasłaniało multum folderów. Zamknąłem powieki, a gdy je otworzyłem, omiotłem wzrokiem makulaturę na biurku, następnie ponownie spojrzałem na miliony katalogów zasłaniających zdjęcie jakiegoś miłego dla oka jeziora wkomponowanego w leśny pejzaż. Powtórnie zerknąłem na walające się wszędzie dokumenty. Marian to zauważył, po czym stwierdził, że „on by tak nie mógł pracować, ponieważ nieład by go rozpraszał”. Najwyższy przemówił głosem, jakim w bajkach dla dzieci przemawia pewna nieprzyjazna postać, próbująca pochwycić jak największą liczbę niebieskich karzełków w białych czapeczkach:

– W Rzeszowie jest jeden facet, który mawia, iż inni mają puste biurka i pusto w głowie, a on ma wszystko na biurku i wszystko w głowie. I ja też mam wszystko w głowie! – Duma towarzysząca wypowiadanym słowom przyszła wraz ze żwawą gestykulacją. Marian zamrugał, po czym zmełł w ustach jakiś wulgaryzm. Postanowił zachować dla siebie coś, co miało być zapewne ciętą ripostą. Farelka szumiała, wtłaczając w otoczoną bladozielonymi ścianami przestrzeń kolejne dawki duchoty oraz suchego powietrza. Musiałem odkaszlnąć.

– Tak, to poniekąd prawda – rzekłem. – Z tym, że zabałaganione burko może być odzwierciedleniem zabałaganionego umysłu. A zatem na dwoje babka wróżyła.

– O! To żeś, panie KonDraNT, dobrze powiedział – wykrzyknął Maryjan, podskoczywszy na krześle. – Tak jest, kufa! Mnie to jak w robocie nie ma, to i tak jakby ktoś odpalił komputer to wszystko znajdzie, bo mam wszystko posegregowane, foldery odpowiednio ponazywane, a pan Najwyższy? – Podwładny przemawiał szybko, w obawie, że pracodawca wejdzie mu w słowo. – Nieraz do mnie pan dzwonisz z trasy! Mówisz, żebym zasiadł u pana za biurkiem, znalazł to i owo. Nieraz to dziewczęta wołam, bo nie idzie nic odszukać. A nieraz jakaś piczka dzwoni i umula, że coś jej jest na gwałt potrzebne. Szukaj wtedy wiatru w polu!

Najwyższy zabulgotał, próbując przepuścić przez gardło pouczającą wypowiedź, a ja odniosłem wrażenie, że do wioski smerfów ponownie nadciąga Gargamel, ale tym razem po spożyciu magicznego wywaru gwarantującego przyrost masy mięśniowej wraz ze skutkiem ubocznym w postaci ledwo kontrolowanych napadów furii. Nie czekając na przybycie czarnoksiężnika, odparłem:

– W adresie poczty elektronicznej jest błąd. Pomiędzy imieniem a nazwiskiem ma być kropka.

– Skąd wiesz? – zapytał nawet normalnym (o dziwo) głosem nasz Przywódca.

– Ponieważ w tej firmie, w której ten facet pracuje, adresy mailowe tworzone są zawsze według szablonu: imię, kropka, nazwisko. Następnie…

– Małpa! – przerwał Marian.

– Nie inaczej – potwierdziłem. – Następnie…

– Wiem, wiem. Dalej jest nazwa firmy – wtrącił Pan Chaosu. – Dobra, już sobie poradzę. Idź, pojedziesz do Jawornika do Urzędu Gminy zawieźć zdjęcia, protokół oraz fakturę. Może zapłacą jeszcze w tym roku.

Minęły wieki poszukiwań, nim Najwyższy odnalazł skoroszyt wśród ton papieru, przekładając kupki kartek z jednego stosu na drugi, z drugiego na czwarty i tak dalej. W końcu znalazł. Westchnął, kierując spojrzenie w dal; na ciągnący się za oknem park. Stał dłuższą chwilę w zamyśleniu, po czym mruknął coś pod nosem, następnie wręczył mi swoje znalezisko.

Pochwyciłem teczkę z wyzierającymi przez przezroczystą okładkę fotografiami przydrożnych, niedawno postawionych w Jaworniku lamp oświetleniowych, a później obróciłem się w prawo z zamiarem wykonania kilku (zapewne dziesięciu) kroków. Poczułem bijący od przenośnego grzejnika gorąc. Kątem oka dostrzegłem za oknem kota szusującego po dachu pobliskiego, położonego na granicy parkowych drzew domu. Wtenczas Marian przemówił:

– Konrad, ale powiem ci, żeś mi jednak dobrze zrobił tym nowym komputerem. Pięknie to chodzi, szybko, żwawo. Już to kiedyś zachwalałem, ale psioczyłem na te nowe programy. Pamiętasz pan? – Przysiągłbym, że ów jegomość wymówił moje imię poprawnie. Kosmos jakiś, cuda, dziwy. Dopiero po chwili dotarło do mnie to absurdalne pytanie o to, czy pamiętam jego kilkudniowe (kurczę, a może nawet kilkunastodniowe?) utyskiwanie.

– Coś sobie przypominam – odparłem. – Był pan bardzo taktowny w manifestowaniu swego niezadowolenia. Doceniam to.

– No, ale teraz już się przyzwyczaiłem i jednak te nowe funkcje bardzo ułatwiają życie, proszę pana. Dla przykładu…

Spóźniony Dobrodziej wciągnął ustami powietrze a potem podał wiele przykładów na to, jak nowe wersje oprogramowania ułatwiają oraz przyśpieszają jego pracę. Nie byłem w stanie tego wszystkiego zapamiętać, wszak zaskoczył mnie swoją przemową, popartą szczerym spojrzeniem spod oprószonych siwizną brwi.

Niech chłopina ma.

Jakiś mały, dobry uczynek z mojej strony.

W sam raz na zakończenie roku dwa tysiące czternastego.