Niech będzie pochwalony… pan Konrad

Najwyższy podniesionym głosem zawezwał mnie do pomieszczenia, w którym urzęduje razem z Marianem. Podniosłem zad z niewygodnego krzesła, wykonałem obrót w prawo, postąpiłem dwa kroki naprzód, następnie – aby nie stuknąć głową w regały na dokumenty – obróciłem się w lewo, cztery kroki przed siebie, obrót w prawo i voilà! Drzwi prowadzące do Sanktuarium Chaosu stanęły przede mną otworem.

Po kilku (zapewne dziesięciu) krokach usłyszałem:

– Weź mi tu sprawdź program do poczty, bo wysyłam do Więckowskiego maila, a ten mi ciągle wraca.

Usiadłem na identycznym jak moje krześle (kilka tygodni temu fotel Najwyższego skonał pod naporem sporej liczby kilogramów jego właściciela) i spojrzałem na biurko. Moim oczom ukazały się – poza dwudziesto dwu calowym monitorem LCD oraz czarną drukarką wielkości mikrofalówki – stosy papieru, ułożone w sposób wykluczający bezproblemowe rozłożenie na mahoniowym blacie kartki formatu A4. Nic dziwnego, pomyślałem, wszak taki rozgardiasz od zawsze tu istniał. A gdyby nawet owe zdziwienie tymże bezładem nadeszło, czmychnęłoby naprędce, przepędzone przez powalający zaduch, którego sprawcą była stojąca nieopodal, pracująca na pełnych obrotach biała farelka.

Popatrzyłem na ekran monitora. Tapetę pulpitu zasłaniało multum folderów. Zamknąłem powieki, a gdy je otworzyłem, omiotłem wzrokiem makulaturę na biurku, następnie ponownie spojrzałem na miliony katalogów zasłaniających zdjęcie jakiegoś miłego dla oka jeziora wkomponowanego w leśny pejzaż. Powtórnie zerknąłem na walające się wszędzie dokumenty. Marian to zauważył, po czym stwierdził, że „on by tak nie mógł pracować, ponieważ nieład by go rozpraszał”. Najwyższy przemówił głosem, jakim w bajkach dla dzieci przemawia pewna nieprzyjazna postać, próbująca pochwycić jak największą liczbę niebieskich karzełków w białych czapeczkach:

– W Rzeszowie jest jeden facet, który mawia, iż inni mają puste biurka i pusto w głowie, a on ma wszystko na biurku i wszystko w głowie. I ja też mam wszystko w głowie! – Duma towarzysząca wypowiadanym słowom przyszła wraz ze żwawą gestykulacją. Marian zamrugał, po czym zmełł w ustach jakiś wulgaryzm. Postanowił zachować dla siebie coś, co miało być zapewne ciętą ripostą. Farelka szumiała, wtłaczając w otoczoną bladozielonymi ścianami przestrzeń kolejne dawki duchoty oraz suchego powietrza. Musiałem odkaszlnąć.

– Tak, to poniekąd prawda – rzekłem. – Z tym, że zabałaganione burko może być odzwierciedleniem zabałaganionego umysłu. A zatem na dwoje babka wróżyła.

– O! To żeś, panie KonDraNT, dobrze powiedział – wykrzyknął Maryjan, podskoczywszy na krześle. – Tak jest, kufa! Mnie to jak w robocie nie ma, to i tak jakby ktoś odpalił komputer to wszystko znajdzie, bo mam wszystko posegregowane, foldery odpowiednio ponazywane, a pan Najwyższy? – Podwładny przemawiał szybko, w obawie, że pracodawca wejdzie mu w słowo. – Nieraz do mnie pan dzwonisz z trasy! Mówisz, żebym zasiadł u pana za biurkiem, znalazł to i owo. Nieraz to dziewczęta wołam, bo nie idzie nic odszukać. A nieraz jakaś piczka dzwoni i umula, że coś jej jest na gwałt potrzebne. Szukaj wtedy wiatru w polu!

Najwyższy zabulgotał, próbując przepuścić przez gardło pouczającą wypowiedź, a ja odniosłem wrażenie, że do wioski smerfów ponownie nadciąga Gargamel, ale tym razem po spożyciu magicznego wywaru gwarantującego przyrost masy mięśniowej wraz ze skutkiem ubocznym w postaci ledwo kontrolowanych napadów furii. Nie czekając na przybycie czarnoksiężnika, odparłem:

– W adresie poczty elektronicznej jest błąd. Pomiędzy imieniem a nazwiskiem ma być kropka.

– Skąd wiesz? – zapytał nawet normalnym (o dziwo) głosem nasz Przywódca.

– Ponieważ w tej firmie, w której ten facet pracuje, adresy mailowe tworzone są zawsze według szablonu: imię, kropka, nazwisko. Następnie…

– Małpa! – przerwał Marian.

– Nie inaczej – potwierdziłem. – Następnie…

– Wiem, wiem. Dalej jest nazwa firmy – wtrącił Pan Chaosu. – Dobra, już sobie poradzę. Idź, pojedziesz do Jawornika do Urzędu Gminy zawieźć zdjęcia, protokół oraz fakturę. Może zapłacą jeszcze w tym roku.

Minęły wieki poszukiwań, nim Najwyższy odnalazł skoroszyt wśród ton papieru, przekładając kupki kartek z jednego stosu na drugi, z drugiego na czwarty i tak dalej. W końcu znalazł. Westchnął, kierując spojrzenie w dal; na ciągnący się za oknem park. Stał dłuższą chwilę w zamyśleniu, po czym mruknął coś pod nosem, następnie wręczył mi swoje znalezisko.

Pochwyciłem teczkę z wyzierającymi przez przezroczystą okładkę fotografiami przydrożnych, niedawno postawionych w Jaworniku lamp oświetleniowych, a później obróciłem się w prawo z zamiarem wykonania kilku (zapewne dziesięciu) kroków. Poczułem bijący od przenośnego grzejnika gorąc. Kątem oka dostrzegłem za oknem kota szusującego po dachu pobliskiego, położonego na granicy parkowych drzew domu. Wtenczas Marian przemówił:

– Konrad, ale powiem ci, żeś mi jednak dobrze zrobił tym nowym komputerem. Pięknie to chodzi, szybko, żwawo. Już to kiedyś zachwalałem, ale psioczyłem na te nowe programy. Pamiętasz pan? – Przysiągłbym, że ów jegomość wymówił moje imię poprawnie. Kosmos jakiś, cuda, dziwy. Dopiero po chwili dotarło do mnie to absurdalne pytanie o to, czy pamiętam jego kilkudniowe (kurczę, a może nawet kilkunastodniowe?) utyskiwanie.

– Coś sobie przypominam – odparłem. – Był pan bardzo taktowny w manifestowaniu swego niezadowolenia. Doceniam to.

– No, ale teraz już się przyzwyczaiłem i jednak te nowe funkcje bardzo ułatwiają życie, proszę pana. Dla przykładu…

Spóźniony Dobrodziej wciągnął ustami powietrze a potem podał wiele przykładów na to, jak nowe wersje oprogramowania ułatwiają oraz przyśpieszają jego pracę. Nie byłem w stanie tego wszystkiego zapamiętać, wszak zaskoczył mnie swoją przemową, popartą szczerym spojrzeniem spod oprószonych siwizną brwi.

Niech chłopina ma.

Jakiś mały, dobry uczynek z mojej strony.

W sam raz na zakończenie roku dwa tysiące czternastego.

Dobranoc, ostatnia niedzielo roku 2014!

Wraz ze wspomnianym w jednym z wcześniejszych wpisów kolegą Grzesiem i jego szwagrem (także) Grzegorzem obejrzeliśmy w rzeszowskim Multikinie trzecią część Hobbita. Nim to jednak nastąpiło, wiele, ale to wiele minut spędziliśmy w samochodzie tkwiąc w korku. Liczba przyzwanych cór Koryntu przez kierującego pojazdem Grzesia (nie Grzegorza) wystarczyłaby na obsłużenie wszystkich „pojebańców”, których ów młodzieniec także przywołał, gdy ktoś z lewego pasa wciskał się przed maskę jego samochodu. Gdybym był pod wpływem jakichś halucynogennych używek, z pewnością mógłbym ich dostrzec. Ot, widziałbym zastępy wyimaginowanych grzeszników obierających za jedyny właściwy cel – oczywiście, po uprzednim zaspokojeniu cielesnych potrzeb – galerie handlowe. Cel wyznaczony również przez siedzących w dwuśladach żywych, namacalnych, zawsze głodnych Pożeraczy Dóbr Materialnych.

Tak oto wygląda zewnętrzny świat wrzawy związanej z Bożym Narodzeniem. Co dwanaście miesięcy to samo – nic nowego. A mając na uwadze nadchodzący Nowy Rok oraz poprzedzający go Sylwester, muszę być gotów na kolejny atak tegoż harmidru. Dobrze chociaż, że teraz – kiedy to leżę w łóżku a ze słuchawek dobiega anielski głos Tarji Turunen śpiewającej Where Have All The Feelings Gone – odchodzi czas świątecznej, odbywającej się we wnętrzach domów gościny, stosunkowo ubogiej w śmiech, a bogatej w szloch wynikły z tęsknoty za pewną młodą istotą, która kilka miesięcy temu odeszła na zawsze. Wysłuchiwanie lamentu sprawiło, iż cały nadmiar mojej seksualnej energii przepadł. Na jak długo? Nie mam pojęcia. W takich chwilach zadumy nie wypada kontynuować tak trywialnego tematu. W zasadzie nie należy go w ogóle poruszać.

Wczoraj musiałem odreagować. Wykorzystałem fakt, iż spadł upragniony biały puch, w związku z czym włożyłem termoaktywne ciuchy i ruszyłem w kierunku pól, a dokładniej w stronę tamtej wyboistej ścieżki prowadzącej do wielkiego, rozłożystego drzewa wraz ze skrytą w jego cieniu mogiłą. Biegłem wdychając rześkie powietrze, doświadczając wspaniałego widoku padających, połyskujących w świetle księżyca płatków śniegu, by następnie czuć, jak te małe dzieła sztuki roztapiają się na rozgrzanej skórze twarzy.

Pomimo odcinków trasy przeobrażonych już w ślizgawki było lepiej niż wspaniale.

A teraz, patrząc na białą tarczę ściennego zegara, jestem świadkiem ostatnich podrygów niedzieli, za kilka minut kończącej swe panowanie. Pora zasnąć, choć z uczuciem niedosytu po obejrzeniu Bitwy Pięciu Armii. Historię opowiedziano już – niestety – do końca. Reżyser ostatniego z trzech emitowanych w rocznych odstępach filmów o przygodach hobbita kilka godzin temu pożegnał fanów świata fantasy piosenką w wykonaniu Billy’ego Boyda. Widzowie wychodzili z kina ze spuszczonymi głowami a towarzyszyła im wymowna cisza. Odniosłem wrażenie, że w każdej z tych osób obumarła jakaś cząstka człowieczeństwa. Pomimo kilku kwestii, które nie do końca przypadły mi do gustu, chętnie podam dłoń tym ludziom. Można ponarzekać na to i owo, ale nie można nie ulec urokowi cudownych, malowniczych krajobrazów oraz magii krain zamieszkiwanych przez przedziwne istoty.

No, ale coś się kończy, coś zaczyna, toteż mogę teraz stwierdzić z uśmiechem, że szwagier Grzesia to bardzo mądry, optymistycznie nastawiony do życia człowiek, lubiący wraz z żoną… górskie wycieczki. Warto więc wierzyć, iż da to początek częstszym wyjazdom poza granice Miasta Seksu i Biznesu, by gdzieś tam, daleko, doświadczać nie codzienności, a niesamowitości.

Pozostaje zatem ponownie przywołać słowa pewnego pana z udanej reklamy sieci McDONALD’S i rzec doniośle, z przekonaniem: „No i fajnie!”.