Rybomania – Lublin (29.XI.2014)

Pan KonDraNT i Blake nie zapakowali się dzisiaj do dwuśladu i nie pojechali do Gliwic, ale do Lublina na targi wędkarskie o dźwięcznej nazwie „Rybomania”. Zwieńczeniem tego wydarzenia była konsumpcja doprawdy smacznej pizzy w Biłgoraju – mieście znajdującym się w połowie trasy powrotnej.

Obydwaj zgodnie przyznaliśmy, że należałoby mieć przy sobie minimum dziesięć tysięcy złotych, aby wyposażyć się w kilka szczególnych dobór prezentowanych na wspomnianych targach, począwszy od wędzisk, przez kołowrotki, a na ubraniach skończywszy. W kilka chwil później jakiś wewnętrzny głos podpowiedział nam, że należałoby mieć jeszcze więcej pieniędzy, aby sprawić sobie coś, o czym każdy z nas marzy – łódkę. Wizja wypłynięcia na jakiekolwiek jezioro, aby odciąć się od tabunów ludzi na plaży i skupić na wspaniałym relaksie, jest czymś zaiste bezcennym w tym wypełnionym gwarą świecie. Dotarło do mnie, że owe marzenie jest na tyle silne, iż warto je przeobrazić w cel i konsekwentnie do niego dążyć.

Poza tym, ponownie nadarzyła się okazja zobaczenia bardzo miłej załogi sklepu Salar.pl z Krakowa, w którym mieliśmy już przyjemność robić zakupy. Mając świadomość istnienia takich ludzi, człowiek utwierdza się w przekonaniu, że wędkarstwo to świetne hobby. Doskonała integracja z naturą bez konieczności odbierania życia rybom. Co prawda, gdzieś w tym wszystkim pojawia się moralny dylemat, czy warto się tym zajmować, skoro pomimo zasady „Złów i wypuść” żywą istotę naraża się na stres oraz ból, jednakże z drugiej strony, stworzenia te stają się dzięki temu coraz bardziej przebiegłe, gotowe by zrobić w ciula tego wędkarza, który do wędkarstwa podchodzi w oklepany już sposób i zechce złowione ryby wrzucić na patelnię.

***

Powoli zasypiam. W ręku nadal czuję delikatne, lekkie, gibkie wędzisko. Otacza mnie naturalne, pochodzące od słońca ciepło, śpiew ptaków oraz widok krystalicznego Sanu.

– Wróciło wszystko – powiedział kilka godzin temu Blake. – Wystarczyło, że wziąłem do ręki tę wędkę i poczułem się tak, jakbym przeniósł się z tej zimnej pory roku z powrotem do lata. Nad rzekę. Kosmos. Turbo zajebiście!

Gdzieś daleko, nad ranem

» wpis z jednego z poprzednich blobów, poczęty dnia 29 lipca 2013 o godzinie 19:17 «

Wymiękam przy tej pogodzie. Od soboty ledwo oddycham i modlę się, aby z okiennego termometru spadło dobrych kilka stopni. Coraz dłuższych włosów nie mogę jeszcze upiąć w kucyk, w związku z czym, co kilkanaście sekund, przeczesuję je dłonią, by choć na moment odkleić je od czoła. Notabene nie mam pomysłu na ten wpis. Co wyjdzie, to wyjdzie. Piszę, ponieważ czuję potrzebę pisania czegokolwiek i jakkolwiek. Choćby po to, aby przyzwyczajać się do dotykowej klawiatury niedawno zakupionego telefonu.

W porządku. Po porannej randce z Klasyką…

Autokar Klasyki

Autokar Klasyki nr 2

… wiążącej się z kilkoma sytuacjami niosącymi ze sobą konieczność wciskania pedału hamulca do samej podłogi – dojechałem na czas do Stalowej Woli. Pełnię dzisiaj funkcję kierowcy, który dostarczył ekipę pracowników na szkolenie prowadzone przez – jak donosi pewna osoba będąca w temacie – jakiegoś bufona. Całe to zamieszanie związane jest ze zbliżającymi się trzema dniami pracy na budowie mającej dotyczyć kwestii energetyki. Nie widziałem tego człowieka, ale mam nieodparte wrażenie, że facet ma wąsy, wylewające się zza kołnierza fałdy tłuszczu i buty z wąskimi, wznoszącymi się ku górze szpicami, przypominającymi raczej malutkie promy kosmiczne, mające na celu wyniesienie jego ego na orbitę. Wszelaki przejaw serdeczności choćby pod postacią uśmiechu może wystąpić jedynie, jako wymuszone działanie. Jest to jednak coś, czego i tak nikt nigdy nie ujrzy. Podobnie, jak nigdy nie ujrzy tirówki stojącej przy leśnej drodze tylko po to, aby sprzedawać słoiki z jagodami.

No, ale ekipa zmierza już w kierunku budynku, w którym mają poddać się praniu mózgu, a ja – smagany upałem już teraz, kiedy na zegarze da się dostrzec zaledwie ósmą minut kilka – czuję nieodpartą potrzebę ugaszenia pragnienia. W tym celu wchodzę do sklepu i rozglądam się za niegazowaną Dobrowianką. Na półce stoją jednak jedynie klasyczne, wszędzie dostępne wody. Otwieram usta z zamiarem nawiązania konwersacji z anorektyczną sprzedawczynią, której dość ładna twarz tonie w kaskadzie długich brązowych włosów, jednakże po chwili dociera do mnie, że istota ta jeszcze się nie obudziła. Płacę i wychodzę z przedstawicielką klasycznych, wszędzie dostępnych niegazowanych wód mineralnych.

Odkręcam nakrętkę butelki i rozglądam się dookoła. Wszędzie bloki, przy których zaparkowano samochody z rejestracją zaczynającą się od RST. Dwóch pijaczków sączy sikacza, siedząc pod lipą i gestykulując zawzięcie. Z pobliskiego baru da się usłyszeć mamrotanie wstawionego faceta około trzydziestki i wtórującego mu rówieśnika. Obok mnie przechodzi mężczyzna w kapeluszu, prowadząc rower w kolorze bordowym z przyklejonymi do ramy odblaskowymi nalepkami. Do kierownicy jednośladu przymocowana jest malutka reklamówka z wystającym pękiem pietruszki. Ów pojazd napędzany siłą ludzkich mięśni przypomina jednookiego klauna z bujną zieloną czupryną. Obok wejścia do klatki schodowej staruszka, której bryczesy wcięły się w zad, bezlitośnie gmera pomiędzy pośladkami, aby zapewnić sobie komfort podążania w kierunku tego samego sklepu, w którym widmo chudej dziewczyny rozpłynęło się wraz z delikatnym powiewem wiatru wlatującego przez otwarte drzwi.

Pociągam łyk wody i delektuję się przyjemnym uczuciem chłodu rozchodzącego się po przełyku. Spoglądam w górę. Na balkonie, za zielonymi prętami balustrady leży sporych rozmiarów pies. Zwierzak raz po raz mruży oczy oraz spogląda to tu, to tam. Wydaje się zastanawiać, co robi staruszka z palcami w dupie, ale po chwili następuje kolejne mrugnięcie powiek. Stworzenie zdaje sobie sprawę, że ma już swoje lata i na przestrzeni całej swej futrzanej egzystencji widziało wiele. Nawet starszą kobietę, która po zakończonym procesie zgłębiania swej anatomii podnosi dłoń na wysokość twarzy, by dwukrotnie pociągnąć nosem.

W oddali słychać zbliżający się ambulans. Dźwięk koguta rozbrzmiewa coraz głośniej, podobnie jak wycie psa, który poderwał się z podłoża i wznosząc pysk ku niebu próbuje wynegocjować z Bogiem zdrowie przewożonego pacjenta. Jego uszy, dotąd ruchliwe, teraz przylgnęły do łba niczym dwie olbrzymie, śpiące ćmy. Wylewający się z niebios żar porywa błagalny skowyt i niesie go na falach nieskończonej duchoty. Tuż obok mnie dziewczynka o aparycji księżyca w pełni stoi dzierżąc w malutkiej dłoni śmietankowego loda. Po chwili podnosi główkę i uśmiecha się. Tam wysoko, nad nami, pies kończy koncert czterema donośnymi, wypełnionymi dumą szczeknięciami. Dziewczę macha rączką do czworonoga ciągle przy tym uśmiechając się i prezentując białe, rozciągnięte na policzki wąsy. Stworzenie zbudowane m.in. z wąskiego łebka, zwisającego języka a także z ogona, którym teraz radośnie uderza o liście doniczkowych kwiatów – sprawiając, że powietrze wypełnia przyjemna woń – najwyraźniej jest w świetnym nastroju. Tę dwójkę łączy obecnie nierozerwalna więź, złożona jedynie z pozytywnych emocji. Zaraziłem się nimi i jeśli przez najbliższych kilka godzin nie wyzdrowieję – będzie to zaiste udany dzień.