Wiosna? Phi… też mi coś!

Nigdy nie sądziłem, że to napiszę, ale… tęsknię za jesienią a także za zimą; za deszczem, śniegiem, chłodem oraz mrokiem, który przychodził tuż po godzinie szesnastej. Ostatnie cztery miesiące, począwszy od września po ten prawie wiosenny dzień, kiedy to siedzę teraz w biurze i staram się nie sfiksować od rutyny, przyniosły ze sobą całkowicie odmienione podejście do tych pór roku, jakie w przeszłości stanowiły synonim spieprzonego samopoczucia.

Jesień wraz z zimą były świetne, cudowne, fantastyczne. Jednym słowem – zajebiste. Dlaczego? Ponieważ po raz pierwszy przeniosłem bieganie na inny poziom, przestając faworyzować jedynie wiosnę, czy lato. Kupiłem termoaktywne ciuchy oraz kurtkę przeciwdeszczową. Spędziłem wiele godzin w Internecie na poszukiwaniu takich rzeczy, jakie zadowolą mnie pod kątem kolorystyki, wygody noszenia a także całej tej zdolności do „oddychania”.

Zakupy udały się. Biegałem w deszczu, w zimnie, po śniegu, w towarzystwie szalejącego wiatru. Było, kurwa mać, magicznie. Nie mam pojęcia, kiedy ostatni kwartał roku dwa tysiące czternastego przeminął. Nastąpiło to cholernie szybko.

Za szybko.

Wdychanie powietrza potraktowanego ujemną bądź ledwie dodatnią temperaturą jest dla mnie przecież kosmicznie świetną sprawą poprawiającą oddychanie. Odgłosy bębniącego w kaptur deszczu – bezcenne. Osiadający na rzęsach śnieg – równie bezcenne. Wcześnie zapadający zmrok pozwalający szybko udrożnić arterie Miasta Seksu i Biznesu z przelewających się przez nie ludzi – bajer na Maksa Faksiora! Gwiżdżące wietrzysko usprawniające pracę mroku – cud, miód i migdały.

Nadchodzi wiosna. Co prawda, przyniesie ze sobą nowe, przyjemne doznania, ale jej przyjścia nie oczekuję z takim utęsknieniem, jak w ubiegłym roku.